King prawns and green asparagus!

Żeby dodać ten wpis, specjalnie „zwlekłam” się z hamaka!;) Ale od początku.
Pewnie macie czasem takie chwile, kiedy jedyne na co macie siłę, to leżenie i bujanie w obłokach. Mnie tego typu momenty zdarzają się zazwyczaj po maratonie nauki połączonej z pracą. Kiedy w piątkowe popołudnie większość ludzi cieszyła się nadchodzącym weekendem, ja siedziałam nad stosem książek i notatek, przygotowując się do ostatnich w tym semestrze egzaminów. Miałam ich dzisiaj aż trzy naraz, więc trochę tego było. W sobotni ranek po zjedzonym śniadaniu przemierzałam kilkadziesiąt kilometrów na zajęcia, a wracając wieczorem zabrałam ze sobą przyjaciółkę i zrobiliśmy grilla w ramach kolacji. Później miałam już tylko siłę na słodki sen, który trwał bardzo krótko – do 5.00. Wstawać w niedzielę tak wcześnie to zbrodnia, zdecydowanie! Ale mus to mus – o 9.00 zaczynał się pierwszy egzamin, a następne dwa minęły nam w świetnej atmosferze, bo przygotowaliśmy naszemu wykładowcy tort – niespodziankę z okazji jego urodzin i w ramach podziękowań oceniał nas łaskawszym okiem;) Już teraz wiem, że za rok, kiedy skończę studia, będzie mi brakowało właśnie takich momentów. Kiedy chóralnie, razem z całym rokiem śpiewamy „sto lat”, a w oczach poszczególnych wykładowców, do których to „sto lat” jest kierowane, pojawia się ogromne wzruszenie. Baaardzo miło:)

Oczekiwanie na wyniki uprzyjemniłam sobie pogaduchami z koleżanką i marzyłam już tylko o powrocie do domu i wyspaniu się. W końcu! Ale nic z tego. Po nieoczekiwanym telefonie od mojego przyjaciela, pędziłam do Wrocławia jak wiatr, bo koniecznie chciałam zdążyć zjeść z nim obiad przed jego powrotem do Budapesztu, gdzie ostatnio mieszka. Jakimś cudem zdążyłam i te ponad 100 kilometrów pokonałam w godzinkę z hakiem:) Wrocław dziś był cudowny, a pizza w Rynku smakowała lepiej niż zazwyczaj. Nagadaliśmy się i jakiś czas później nareszcie znalazłam się pod domem, gdzie spotkałam K. wracającego z turnieju tenisa, na którym ja oczywiście przez moje zaliczenia nie mogłam być. Okazało się jednak, że godnie nas reprezentował i … zajął III miejsce! Taaaka dumna z niego jestem:)

Była godzina 16.00, kiedy po pysznym latte i truskawkowym crumble pełna wrażeń wskoczyłam na hamak sądząc, że poleżę kilka minut i wstanę, napiszę coś na bloga, przygotuję się na jutro, obejrzę serial…. Z tych kilku planowanych minut zrobiło się kilka godzin, podczas których na chwilę nawet zasnęłam. I wiecie co? To był właśnie ten moment, którego potrzebowałam. Tylko dla siebie. Chwila regeneracji. Było mi tak błogo, że leżałabym tam nadal. Tak się rozleniwiłam, że już nic mi się dzisiaj nie chce.

Pamiętajcie o jednym. W codziennej gonitwie, każdego dnia, choćby nie wiem co, trzeba znaleźć choćby kilka minut tylko dla siebie. Po prostu poleżeć, posiedzieć albo zrobić coś, co lubimy. Nie dosyć, że będziemy się lepiej czuć i będziemy bardziej szczęśliwi, to w dodatku nasz organizm kiedyś, a może nawet całkiem niedługo, podziękuje nam za to. Od kiedy to zrozumiałam, żyje mi się o niebo lepiej:)

A dzisiejszy wpis wcale nie będzie o motywacji, tylko o czymś bardzo smacznym i zdrowym;) Bo oprócz odpoczynku, nasz organizm potrzebuje witamin i dobrego, zdrowego, wartościowego odżywiania. No i mam dla Was pomysł na taki właśnie obiad. Łapcie przepis!;)

- opakowanie krewetek królewskich
- 100 ml białego wina wytrawnego
- 2 ząbki czosnku
- ostra papryka w proszku
- olej
- sok z połowy cytryny
- pieprz i sól
- zielone szparagi
- natka pietruszki

Krewetki marynujemy w oleju, rozdrobnionym czosnku, ostrej papryce, soku z cytryny, soli i pieprzu. Zostawiamy je w zamkniętym pojemniku z marynatą na min. 1 godzinę. Następnie na patelni z rozgrzanym olejem smażymy zamarynowane krewetki i podlewamy je winem. Smażymy ok. 10 minut. Szparagi gotujemy w osolonej wodzie ok. 10 minut. Krewetki podajemy ze szparagami, posypane natką pietruszki i dekorujemy plasterkami cytryny. Do tego możemy podać czosnkową bagietkę. Smacznego!

  3 comments for “King prawns and green asparagus!

  1. Ewa
    1 czerwca 2015 o 19:03

    Jak krewetki to mówię zdecydowane nie. Wegetarianizm 100% xd

    Zapraszam do siebie
    http://to-read-or-not-to-read.blog.onet.pl/

    • soap-jam
      1 czerwca 2015 o 19:21

      heheh no ja bym chyba nie wytrzymała bez nich;p

  2. 4 czerwca 2015 o 08:29

    Bardzo się cieszę, że jednak wstałaś z tego hamaka i zamieściłaś ten przepis;). Uwielbiam za równo krewetki jak i szparagi, jem je ostatnio na kilogramy. Mam wszystkie składniki w lodówce, więc myślę, że dzisiaj na lunch wykorzystam Twój przepis, tylko bez czosnku, ponieważ nie przepadam za nim. Jeśli byś miała ochotę się przyłączyć, to zapraszam Cię serdecznie od dziś do niedzieli na moje Linkowe Party u Lifestylerki. To jest świetna okazja, żeby pokazać swój blog, poczytać interesujące artykuły i zawrzeć nowe znajomości. Pozdrawiam Ania.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


  • Facebook